Szkoła przetrwania.

Tak nazywam swoją codzienną podróż komunikacją miejską. Każdego dnia się czegoś uczę. Niezmiennie. Kiedy o 6.30 melduje się na pętli niedaleko miejsca zamieszkania, ludzie nie przestają mnie zadziwiać. Jestem obserwatorem, taka wiejska naleciałość, ale patrzę i nie wierzę.
Zacznę od tego, że znam jakieś podstawowe zasady współżycia społecznego, umiem się odnaleźć. Może trochę więcej niż przeciętny Polak, ale nie chce się chwalić. Miałam jakieś podstawowe zajęcia z zasad savoir- vivre’u. Podstaw nauczyła mnie Mama, resztę życie. Ale do sedna.
Kurwa mać!
To jest dramat. Niektórzy powinni się wstydzić. Jak już idę na przystanek to widzę co się dzieje, 6.30! Tramwaj odjeżdża praktycznie co kilka minut, ale nie, trzeba biec na czerwonym świetle żeby zdążyć! Mimo, że tramwaj jeszcze nie stoi, to ludzie biegną. Następnie zaczyna się walka o wolne miejsce. Wygrają silniejsi i szybsi. Matki z dziećmi, osoby starsze zostały zdeptane, ale co tam! Tak, zdarza się, że tak rano podróżują osoby starsze i dzieci. Co nie zmienia faktu, że nikt takim osobom miejsca nie ustępuje! Sama miałam kiedyś sytuację, kiedy Pan usiadł na przeciwko mnie i postawił mi plecak na kolanach. Zapytałam, co Pan robi?! Na co on z pełną powagą, że to miejsce dla jego narzeczonej, myślałam, że może w ciąży. Patrzę idzie Pani, Pan jej tłumaczy, że zajęłam jej miejsce. Na co ja im odpowiadam ze stoickim spokojem, że to nieprawda. Bo ja już wcześniej to miejsce zajęłam dla Jezusa Chrystusa! Pana zatkało, ale wyobrażacie sobie, że on siedział a narzeczona stała! Szok! Ogółem szanuje kiedy ktoś walczy o swoje i potrafi zwrócić uwagę, że to miejsce uprzywilejowane!
Dalej to już jest tylko gorzej, ja jadę dwa przystanki i przesiadam się w drugi tramwaj. Ale już sam fakt wyjścia z pojazdu przyprawia mnie o palpitacje, przypomnę jest 6.40! A ja jestem już wkurwiona! Czad.
Nie chce Wam tu pisać jak wygląda moja codzienna podróż. To byłoby nudne, są jednak sytuacje, które cenię sobie jak tlen, jak mleko w kawie… długo by pisać!
Najbardziej lubię jak ktoś się trzyma tej rurki przy wyjściu z tramwaju, autobusu, czasami mam ochotę zapytać: „na złom pan to bierzesz?!”. Ubóstwiam wręcz, jak próbuje wysiąść a ktoś stoi już na środku, żeby wepchnąć się do pojazdu. Serio?! Stoimy z boku drzwi, nie bój się człowieku, zdążysz! To nie jest ostatni autobus do Pierdziszewa Środkowego!
Kocham dostać plecakiem/torbą po głowie, ramieniu, plecach, podoba mi się ta forma przemocy komunikacyjnej! Jeszcze lubię jak mnie Pani Starsza cyckiem po głowie skarci, i jak mi sapie na włosy. Bo chwilę wcześniej przecież biegła do komunikacji a teraz udaje całkowitą niezdolność do czegokolwiek. Szanuje też zmęczone zakupy, niech sobie odpoczną, w tej torbie ścisk nie do zniesienia! Kiedyś na przykład pani starsza mnie zrugała, bo siedziałam na miejscu z „krzyżykiem”, zaczęła krzyczeć, że to jej miejsce, naprawdę jej nie widziałam. Miałam takiego kaca, że chwilowo oślepłam, dostałam kulą po nodze i musiałam wstać!
Fajnie też jest jak ludzie stają na samym wejściu, jakby bronili jakiejś twierdzy! To nasz autobus! Nie zmieścisz się, idź stąd mendo! Okupacja kasownika, powiedzcie mi, czy stamtąd wypadają jakieś pieniądze, gadżety, talon na panią i balon?!
Co Wam polecam na osoby głośno rozmawiające przez telefon?! Sprawdzone. Jak słyszę, że ciocia to, a wujcio Mietek tamto, sąsiadka to już w ogóle, skupiam się na konkretnym wątku. Jeżeli gaduła ma wysiąść, proszę żeby zaczekała, bo umrę jak się nie dowiem co było dalej! A jak ja muszę wysiąść a gaduła zostaje, to klepie w ramię i informuje, że ta historia taka fascynująca, szkoda, że nie posłucham! Pasażerowie zawsze się uśmiechają.
A wiecie, że w zimie ludzie też śmierdzą potem?! Dacie wiarę?! Przysięgam, przepocona zeszłoroczna kurtka to taki modowy smaczek, a po co do pralni zanosić! Niech wieśniaki wąchają! To, że latem śmierdzi to nikogo nie dziwi! Wiadomo też, że jak żul jedzie autobusem, to autobus jedzie żulem! Taka mądrość życiowa.
Jeżeli chodzi o ustąpienie miejsca, owszem wstaję, gdy widzę, że stoi sobie kobieta w ciąży, starsza pani, starszy pan, niewidomy, ludzie o kulach, matki z dziećmi. Czasami mam wrażenie, że ktoś mnie zaklina, bo ja siedzę a on nie. Rozumiecie, czaruje mnie, widzę wtedy w oczach takiego człowieka: „ooo gruba się rozsiadła, jakbyś się przeszła to lepiej by ci się zrobiło”. Albo inne takie, to się czuje.
Co jeszcze mnie kręci? Jak ktoś na siedzenie ładuje się z butami, jeżeli są to dzieci, to wiadomo, to tylko dzieci, ale jak rodzic stoi i patrzy, to nie rozumiem. Po co wychowywać? Jak można hodować. Kiedyś zapytałam czy w domu też z butami włażą na kanapę, to pani mamusia spojrzała na mnie jak na ufoludka i wiecie co?! Nic nie powiedziała! Tutaj miałam do czynienia z hodowlą, to była polka, bo mówiła do Andżeli żeby się uspokoiła. Może ja niewyraźnie jakoś mówię. Może powinnam wytrzeć jej LUIWITĄNEM te brudne siedzenie?! A wiecie po czym poznać czy LUIWITĄ jest „oryginalny”!? Prawdziwy LUIWITĄ nie jeździ komunikacją miejską! Ha- ha- ha- ha!
Długo mogłabym wymieniać za co i dlaczego. Ale powiem Wam szczerze, że moim marzeniem jest taka podróż transportem publicznym, że ludzie nie mierzą się wzrokiem od góry do dołu, że uśmiechają się do siebie, że jest fajnie, że nikomu nie przecieka techno przez słuchawki, nikt nie mlaszcze, nie sapie, zakrywa buzię jak ziewa, jak kaszle i jak kicha i trzyma się tej rurki żeby się nie wypierdolić! No, ale nie da się! Ja nie mówię, że ja nie popełniam błędów, bo może też kogoś denerwuje. Ale… czasami patrzę i zastanawiam się, za co! Ja za 110zł miesięcznie. A Ty?

Kosmetyczny misz-masz.

Tak bardzo się broniłam przed zrobieniem wpisu o kosmetykach. Nie wiem co komu pasuje, każdy ma swoje produkty, które lubi, które sprawdził i są dla niego najlepsze.

Ja też. Dlatego nie chce Wam motać w główkach, tylko napiszę Wam co sprawdziło się u mnie i czego nie może u mnie zabraknąć a nawet czasami, mam to w zapasie!
Wszakże kosmetyk stoi i jeść nie woła!
Kolejność jest przypadkowa i nie ma mowy, że coś lubię bardziej czy mniej. Wszystko w jednej kosmetyczce stoi!

1. Mleczko do ciała Nivea ujędrniające Q10+ Witamina C
Dlaczego? Używałam go od końca stycznia zeszłego roku do początku września kiedy dopadła mnie ślepa kicha. Rano i wieczorem, systematycznie, wklepywałam, masowałam, cierpliwie czekałam aż się wchłonie. Jak nie miałam czasu po prostu szybko rozcierałam i biegłam dalej. Moja szefowa która jest bardzo szczupła, dziwiła się, że nie mam cellulitu. Teraz też go stosuje i mam nadzieję, że również uda mi się uniknąć pomarańczowej skórki.
Cenowo około 28 zł. Na promocji w drogerii Rossmann można go kupić za 19zł. Ja robię wtedy zapas i mam z czapki!
Maciek ostatnio się mnie zapytał, „wiesz dlaczego faceci nie mają cellulitu? dlaczego? BO JEST BRZYDKI!”.
Skoro tak jest, to się smaruje!

2. Pasta do głębokiego oczyszczania twarzy przeciw zaskórnikom, liście manuka ZIAJA
Dziewczyny! Wszystkie pellingi mogą się schować! To jest tak fantastyczny produkt, że w głowie się nie mieści. Uwielbiam Ziaję, masło kakaowe na lato jest najlepsze. Dostałam próbkę tej pasty i wiedziałam, że to będzie mój numer jeden. Kosztuje niecałe 8 zł. Można ją dostać w każdym sklepie Ziaja. Galeria Północna, Atrium Targówek, musicie sprawdzić gdzie jeszcze mają swoje sklepy. Pastę dostaniecie również w Carrefourze, cenowo może troszkę drożej niż w sklepach Ziaja, ale naprawdę warto! W rodzinie liści manuka jest jeszcze żel pellingujący i również warto go mieć w swojej kosmetyczce. Cała ta seria towarzyszyła mi przez poprzednie wakacje i był to strzał w dziesiątkę!

3. Rodzina liści manuka cd. Krem nawilżający, balans korygująco-ściągający (krem na dzień)
Nie chciałam pisać tego w jednym punkcie, ponieważ krem pachnie obłędnie. Jest wydajny. I najważniejsze nie kosztuje milionów monet. 10zł, tyle za niego zapłacicie, naprawdę warto zainwestować, póki się nie zorientowali, że jest wart więcej! Polecam Wam również krem na noc, ta sama seria. Ta idelna rodzinka Ziaja liście manuka jest strzałem w dziesiątkę! Zarówno na lato, jak i na zimę!

4. Eveline zmiękczający krem do stóp na pękające pięty, Extra Soft (15% urea, SOS)
No cóż! Pięta, jaka jest każdy widzi. Jak zarypana, to paw sam próbuje znaleźć drogę ewakuacyjną. Niestety. Piętę trzeba zetrzeć tarką, specjalną do pięt. Później ją ładnie pellingiem potraktować a na koniec posmarować ją kremem Eveline! Którego nie kłamiąc, używam niezmiennie przez pięć lat! Tak. Nie ma konkurencji. Próbowałam, szukałam, ale niestety. Tylko Eveline. Cena 8,50zł. Jak jest promocja można nabyć go taniej, ale jest na tyle wydajny, że można go kupić bez rabatów! Zapachowo też w porządku, co jest ważne, bynajmniej dla mnie.

5. Pamiętam z czasów pracy w jednej drogerii, klient zostawił przy kasie listę zakupów i miał na niej napisane: „płyn do cip”! Tak! Dbajmy o to jak o swój największy skarb! I tutaj sprawdził mi się:
PŁYN DO HIGIENY INTYMNEJ DOVE INTIMO NUTRICARE
Nie szukajcie go w Rossmannie, nie znajdziecie go w Carrefourze. Gdzie go zatem szukać? Internet lub Biedronka. W internecie, cenowo jest dosyć drogi około 15zł za 250ml. Ale! Ale jak jest w Biedronce to kosztuje 9,99zł i wtedy sprytna Dorotka bierze w zapasie. Ile? Nie chcecie wiedzieć. W zeszłe wakacje był przeceniony w Biedronce na 5,99 więc kupiłam osiem i jeszcze mam! Także polecam.
Zdradzę Wam ciekawostkę, czasami zmywam makijaż płynem do higieny intymnej. Dlaczego? Bo dobrze się pieni i dobrze oczyszcza skórę, płyny do cip zawierają kwas mlekowy, dużo z nas przecież nie toleruje kwasu salicylowego (zaczerpnijcie wiedzy w internecie a same się przekonacie o zaletach!).

6. Nivea Protect&Care antyperspirant dla kobiet.
Pachnie jak krem Nivea! Jest idealny jeżeli chodzi o dezodoranty, nie zostawia białych śladów, zapobiega poceniu przez cały dzień. Ale to nie znaczy, że macie się nie myć! Nie wiem czy chroni przed potem przez 48h, nie sprawdzałam, Wy też tego nie róbcie! Bo nikt nie chce czuć Waszego smrodu, do jasnej anielki!
Cenowo około 14zł za 250ml. Ale w pomocji wychodzi około 2zł taniej. Sprawdza się przez cały rok. Tak! W zimę też ludzie dają potem!

7. Duphalac
Syrop na przeczyszczenie. Wróć! Na zaparcia! Cena około 15zł. Jak to działa? Otóż… Jeżeli nie możecie w „dwójkę” to bierzecie dużą stołową łyżkę i czekacie. Ile? Tak 15-30 minut. Co to oznacza? Jak kogoś nie lubicie to sami wiecie co robić. PS. Nie sprawdzałam jak rozpuszcza się w napojach typu kawa czy herbata, ale jest słodki, więc może do soczku?! Nie dziękujcie!
Acha. I jest bez recepty! Ha-ha-ha.

8. Babcia Agafia, nalewka ziołowa do włosów.
Szamponu używam od trzech miesięcy, jak na ziołową miksturę pachnie całkiem zacnie. Nie daje taką wioską, jest delikatny. W połączeniu z Piloxidilem sprawia cuda. Mam dużo nowych włosów, widzę to zwłaszcza po wysuszeniu. Mam nadzieję, że będzie tak cały czas. Cenowo około 7zł. Do tego jest również odżywka w cenie 6zł, ale ją kupuje w takim specjalnym sklepie w Atrium Targówek. Ale te produkty można również znaleźć w internecie. I są tańsze niż w sklepie, tylko trzeba doliczyć koszty przesyłki.

9. Woda po goleniu Nivea Deep
Wiem, że to nie dla Nas. Ale zbliżają się walentynki i a nuż nie macie pomysłu. Jak to pachnie? Jak dobrej klasy perfumy! Serio. To jest najlepsze co Nivea mogła dla mężczyzn wypuścić. Szkoda tylko, że nie ma tego w atomizerze! W każdym razie, cena 30zł. W promocji 20zł. Z tej serii macie też dezodorant, żel do golenia, piankę do golenia, żel pod prysznic, antyperspirant w kulce, w szpreju, oraz szampon oczyszczający! Seria spora. Zapach rekompensuje ceny tych produktów! Polecam, nie pożałujecie Dziewczyny!
Na tą chwilę to będzie tyle. Może nie jest tego za dużo, nie testuje kosmetyków na potęgę, bo przy moim toczniu wszystko odbija się na skórze. Jeżeli coś mi się sprawdziło to wracam do tego co jakiś czas. Są balsamy, są kremy, żele pod prysznic i do higieny intymnej, do których na pewno nie wrócę, ale nie chce mówić jakie. Dlaczego? Bo u mnie ma być na wesoło.
Także myjcie się dziewczyny, bo nie znacie dnia ani godziny!

PS. Artykuł nie jest sponsorowany:)

Ścierka.

Całe życie na diecie!
W poniedziałek będzie tydzień jak jestem na diecie. Znowu. Jakie to jest nudne?! Jak to napisała jedna z Was, co to za życie, skoro nie można porządnie się nawpierdalać?! (Wybaczcie wulgaryzmy!)
Jak mi idzie? Super, cudownie, czuję się jak młody bóg, jak alfa i omega, jak połączenie Chodakowskiej, Lewandowskiej i Mel B. Do czego dążę tym razem? Żeby bezkarnie jeść pizzę i pić wino, no i oczywiście nie tyć! A później się obudziłam…
Mija tydzień a ja już mam dość, jestem zmęczona, rok zaczął się w złym momencie. Ja po ludzku nie mam siły. Mam wrażenie, że ktoś dał mi karę. Męcze się masakrycznie. Znowu jestem na etapie, o już tydzień! Podnoszę koszulkę i mam wrażenie, że jestem grubsza niż byłam. Straszne uczucie. Pomocy!
Jestem na etapie, czuję to, że najchętniej jadłabym kebsy i piła Gingersy! Pogubiłam się totalnie. Wracam z pracy zmęczona, nie chce mi się nic. Pakuje w siebie te jaja na twardo, jem tą szynkę bez niczego, bez chleba! Myślę wtedy o dzieciach, które jedzą chleb z dżemem, jak ja im zazdroszczę!
Kilka z Was pisało do mnie, że jestem inspiracją, że zrezygnowałyście ze słodyczy, z przekąsek, że zmieniacie nawyki. A mi jest po ludzku wstyd za siebie. Ile tych wiadomości od Was czytałam z delicją w ręku, albo z chipsem. KiriElejson!
Zaczynam się zastanawiać dlaczego jest mi tak ciężko i nie umiem się ogarnąć. Chociaż największą motywacją powinno być to, że kogoś inspiruje. Do czego to doszło?!
Ale zejdźmy na ziemię, dobrze się sprzedaje życie fit, to fakt. Ale dlaczego tak rzadko się mówi o tym co pomiędzy? To jest taka granica, bardzo cienka, którą łatwo przekroczyć. I jednym gestem wszystko idzie w piździec! (Wybaczcie raz jeszcze!)
Ja tych gestów wykonałam bardzo dużo, przychodzi weekend i jak uchodźca wpadam w alejkę z chipsami! Bang! Nie zdążę się obejrzeć a siedzę i jem chrupaki! Jakie to jest smutne. Czy te wszystkie insta-fit-modelki nie mają słabszych dni? Czy ich życie to owsianka z nasionami, ciemny makaron i chudy jogurt? A między posiłkami trenują crossfit i pilates? Dżizas. Szukam usprawiedliwienia wszędzie. Na maksa się zgubiłam. Przysięgam, że czuję się jak gówno. Mam tylko nadzieję, że tak nie pachnę. O ile to może pachnieć!
Z tyłu głowy mam zakodowane, że musisz być silna, dasz radę. Ale to takie oklepane. To chyba mój najsmutniejszy post. Ale jaki prawdziwy!
Mija tydzień. Nie mam siły. Czuje się jakby przejechał po mnie walec. Boje się. Teraz zastanawiam się co mogłoby mnie zmotywować? Zdjęcia na lodówce nie działają. W potfelu też.
W akcie desperacji, bo już chciałam jeść warzywa postanowiłam, że teraz jadę systemem 5/5. Do tej pory było 7/7. Ale wczoraj miałam taką ochotę na kalafiora i pomidory, że musiałam już. Jeżeli jesteście tu pierwszy raz, to jestem na diecie Dukana (zapraszam do poprzednich wpisów).
Wszystko fajnie, pięknie, ale nie poddam się tak łatwo. Walczę, walczę, bo co mi pozostało? Przecież nie chce paść na zawał w wieku 35 lat. Głupio by było. Łudze się nadzieją, że to chwilowe, że minie. Ja sama muszę znaleźć inspirację do działania, instagram zaczyna mnie śmieszyć. Dlaczego? Czuję się tam jak w krainie jednorożców, wszyscy puszczają tęczowe bąki, spijają sobie z dziubków i tak koloryzują rzeczywistość, że wiadro na bełta to za mało. Nie piszę tego dlatego, że komuś zazdroszczę. Absolutnie. Mam fajne życie. Lubię je. Ale czasami mam ochotę grzmotnąć telefonem o ścianę.
Ale przecież ja nie o tym. Tydzień diety to za mało, żeby powiedzieć o efektach, bo takowych nie ma. Jest tylko emocjonalny dół. Czuję się jak ścierka. Boję się, że sobie nie dam rady i że będzie siara.
Do następnego!
Pozdrawiam, Wasza Ścierka. Tzn. Doris.
Ps. Maciej jest seksowny. Chce żebyście to wiedzieli:)

Podsumowując…

Dziwne, dopiero co pisałam, że nic mi tak w życiu nie wyszło jak tycie a teraz już muszę jakoś mądrze podsumować ten rok.
Nie jest to łatwe, bo dużo się działo. Ci co mnie śledzą od początku wiedzą, że zabawę z blogiem zaczęłam wraz z początkiem diety. Wydaje mi się, że za rzadko piszę i w 2019 na pewno się poprawię.
Nie chciałam pisać o pierdołach, o tym jaką kołdrę wybrać czy jaki krem jest dobry na to, czy na tamto. Lubię żreć, więc macie przepisy. Dajcie znać czy to jest ok.
Sama do końca nie wiem w jakim to ma iść kierunku. Od czego zaczniemy teraz? Podsumuje ten rok.
Pierwszy raz od kilku lat mogę powiedzieć, że był dobry, nie był najlepszy, ale dobry. Udało mi się zremisować tocznia, co to znaczy? Że toczeń rumieniowaty na którego choruje jest w remisji, czyli jest nieaktywny. I to dzięki mojej wspaniałej Pani Doktor!
Mam przy sobie Mężczyznę (celowo jest z dużej) na którego mogę liczyć, który jest przy mnie, wspiera mnie, szanuje i kocha. I ma spore pokłady cierpliwości, a w moim przypadku… W każdym razie, można mu pomnik stawiać! Ja już to pisałam, ale każdej dziewczynie życzę takiego Faceta! Maciek, dziękuje Ci za ten rok, za to, że czuwałeś przy mnie w szpitalu, za to, że przystałeś na durny pomysł w postaci remontu, za wypad nad morze, za to, że pierdziele głupoty na Instagramie a Ty nadal ze mną. Dziękuję Ci. Kocham najmocniej.
Jak jest z resztą? Dla mnie najważniejsze jest zdrowie, na drugim miejscu w tym roku plasuje się Maciek, za to, że dzielnie mnie wspierał.
Z rodziną wiadomo bywa różnie, czasami warto się zastanowić co jest dla nas priorytetem. Cieszę się, że po dłuższej chwili milczenia udało mi się pogodzić z młodszą Siostrą i znowu jest jak dawniej. Mam nadzieję, że już nigdy ta przerwa nie będzie trwała tak długo. Dlaczego o tym piszę? Bo to jest kuźwa życie! I już Wam mówiłam kiedyś, że życie to nie tylko słodkie pierdy i kucyki pony. W każdej rodzinie są konflikty, mniejsze lub większe, ale są. Jeżeli u Was jest inaczej, to GRATULACJA!
Jesteśmy przy rodzinie, więc chce też podziękować Bratu za motywację co do bloga, tylko moje lenistwo wygrywało. Ale obiecuję Ci Adam, poprawię to!
Ale zejdźmy na ziemię, toczeń mamy check, Maćka check, kłótnie z siostrą też check.
Dieta.
Oj, oj, oj! Co to się działo, sami wiecie najlepiej. Nie było łatwo i co tu dużo mówić, nie udało się. Porażka na całej linii. Zastanawiam się czy nie lepiej jest być grubą i udawać, że jest ok. Ale nie, nie jest. Wyrostek wytrącił mnie z rytmu, owszem był moment, że ważyłam 81,6 kg. Byłam bliżej niż kiedykolwiek 7 z przodu i… I dupa! Dupa zbita. Moja samodyscyplina została wycięta razem ze ślepą kichą! Ale nie byłabym sobą gdybym nie postawiła sobie celu na Nowy Rok. I tutaj poprzeczka się podnosi, bo będę odchudzać i Maćka! Więc będzie jeszcze śmieszniej, jeszcze trudniej i obyśmy się nie pozabijali, kiedy będziemy biec do lodówki po żarcie!:)
Co dalej? Oj dużo mam pomysłów na ten 2019. Jak to w dorosłym życiu są sprawy, które trzeba ogarnąć żeby jakoś funkcjonować. Jest to delikatna sprawa, ale może kiedyś się nią z Wami podzielę, na razie proszę o trzymanie kciuków!
Chciałabym zapisać się na prawo jazdy, nie, ja zapisze się na prawo jazdy. Ja planuje zdać to prawko! Ja chce jeździć. Samochodem. A tak naprawdę to Maciek mi każe, bo chce żeby go wozić po pijaku!:) Te wyprawy do Ikei po świeczki, ach, to będzie coś! Już nie mogę się doczekać!
Będę też do Was częściej pisać, mimo, że robię dużo błędów interpunkcyjnych to będę pisać. Z resztą kto w tym kraju wie gdzie mają być przecinki, oprócz Basi? Czekam na odpowiedzi.
Na koniec roku chcę Wam też zdradzić skąd taka nazwa bloga?
Życiowe niedociągnięcia. Jak sama nazwa wskazuje, coś zaczynam i nie kończę, co na przykład? Dieta, wpisy na bloga, bieganie, ćwiczenia i dużo dorosłych rzeczy, które miałam doprowadzić do końca w tym roku a niestety zabrakło, nie tyle co czasu… Tylko to jest moje lenistwo, jestem leniem, przyznaję się bez bicia. Więc ogłaszam wszem i wobec, że kończę z tym niedociągnięciem. W sensie blog będzie nadal, przedłużamy domenę (Dziękuję Bracie!). Ale zrobię prawko, zrobię dorosłą rzecz o której na razie nie powiem, schudnę i będę konsekwentnie biegać, ćwiczyć.
Troszkę może dojrzeję, postaram się być milsza, mniej się denerwować, mniej przeklinać, ogarnę się trochę, bo Maciek mówi, że jestem jakaś taka rozlazła. Ja zwalam to na ogólne znieczulenie, przynajmniej mam wymówkę. Będę troszkę doroślejsza!
Chciałabym też obiecać, że odwiedzę wszystkie koleżanki, którym obiecałam, że je odwiedzę a tego nie zrobiłam. Rodzinę również odwiedzę, żeby nie było. Więc spodziewajcie się mnie:)
Co jeszcze? To chyba tyle. Jeżeli chociaż w 1/10 to będzie tak fajny rok jak ten, to będę szczęśliwa.
Bo to wszystko co mam, tworzę Ja sama i ludzie, którymi się otaczam. A otaczam się super ludźmi, selekcja bardzo mocna, ale sama elita! Same VIPY. Kocham Was wszystkich, dziękuje Wam za ten rok.
Życzę Wam zdrowia, miłości, spełnienia marzeń i pomyślności, bądźcie szczęśliwi i uśmiechnięci! Bądźcie sobą! Uściski i do zobaczenia za rok:)

BIGOS BIO- SPA- EKO.


Bigos. Bigos, niektórych na samą myśl wstrząsa, innym leci ślinka. Ja gdzieś do 23 roku życia byłam gdzieś pomiędzy a później tylko ślinka.
Za dzieciaka zjadałam, owszem, jeszcze jak się gotował przed świętami, jak kapusta nie była jeszcze „miękka” i nie był przyprawiony do końca. Wyjadałam go na zmianę z Tatą, czasami dogotowując w międzyczasie do niego ziemniaki! Mama krzyczała, że to na święta, a my z Tatą na przemian z łyżką do gara, cyk! No właśnie, Mama krzyczała, że to na święta, i że wiecie, nie starczy. I tu zaczynał się mój szok bigosowo- urazowy! W święta było tyle jedzenia, że nikt tego bigosu nie mieścił. Nawet ja. Więc Mama po świętach gotowała ziemniaki, podgrzewała bigos i był obiad. Dlaczego? Dlaczego ja wtedy jęczałam, że tego nie chce! Mamo! Wybacz mi!
Pierwsze święta po śmierci mojej Mamy to była abstrakcja. Moja Mama zmarła w lipcu, pamiętam jak gdzieś we wrześniu rozmrażałam z siostrą lodówkę i w zamrażalniku znalazłyśmy bigos. Zamrożony słoik bigosu. Jak relikt, popatrzyłyśmy na siebie jakby to był co najmniej mamut. I cyk do gara! To był bigos mojej Mamy, z ostatnich świąt. Czyli w 2009. Przetrwał ukryty w tym zamrażalniku. To był ostatni raz kiedy jadłam bigos swojej Mamy. Był oczywiście genialny pod każdym względem, mięsko, kiełbasa, śliwki, grzyby! No wszystko! Ale nie do powtórzenia, bo ciągle tylko myślałam, bigos? Jak zrobić bigos? Przecież to jakaś abstrakcja. Ja wtedy w ogóle nie lubiłam gotować. Najchętniej odgrzewałam gotowce lub to co właśnie dała Mama. Ale czego się nie robi dla rodziny i własnych kubków smakowych.
Pierwsze święta bez Mamy czyli 2010, na bigos przyszła nawet sąsiadka z dołu, zachwycone wpieprzałyśmy aż uszy się trzęsły. Oczywiście przed świętami, bo każdy wie, że bigos to tak kilka dni wcześniej i pogotować go, aż wszystko będzie się rozpadać. Moja Mama postawiła poprzeczkę wysoko. Wiadomo, że nikt się nie odważy, ale próbować warto. W tym roku chciałabym żeby te święta były choć troszkę „zdrowsze” żeby nie napychać się jak bąk. Marzą mi się święta fit, żeby niczego nie żałować. Tym sposobem pomyślałam, że zrobię taki bigos,i będzie on fit. O ile coś takiego istnieje w ogóle. Zrobiłam i powiem Wam, że warto!

Co będziemy potrzebować?
1kg kapusty kiszonej (Ja swojej nie płukałam)
30 dag surowego mięsa (U mnie była to łopatka, bo była ładna i chudziutka!)
40 dag żeberek wędzonych
2 kawałki kiełbasy wędzonej (nie podwójne pętka, pojedyncze
Ziele angielskie
Pieprz czarny
Liść laurowy
Garść suszonych grzybów (zalewamy wrzątkiem i odstawiamy na około 30 minut)
Kilka suszonych śliwek
Kieliszek czerwone wytrawnego wina (To nie jest tak, jak myślicie!)

Do garnka wrzuciłam kapustę, nie płukałam jej, bo nie była kwaśna, ale spróbujcie swoich przed rozpoczęciem gotowania. Dobry i sprawdzony sposób żeby nie tracić kwaśnego smaku kapusty, robimy ją pół na pół. Co to znaczy? Jedną garść płuczemy pod zimną wodą, odciskamy i do gara a drugiej nie płuczemy i wrzucamy ją do gara. Kiedy mamy już kapustę w garnku, dolewamy wrzącej wody, ile? Otóż tyle żeby kapusta się nie przypaliła, ale gotowała się powoli do miękkości. Wstawiamy na mały ogień, niech się „pyrga”. Jak się zagotuje wrzucamy ziele, pieprz i listki laurowe. Ile? Sporo, ja daje około 20 ziaren pieprzu i 10 ziaren ziela i listków. Wracamy do mięska, łopatkę solimy (delikatnie, bo kapusta jest nie płukana), dodajemy trochę pieprzu, czosnku i cebuli (może być granulowana, ja używam Prymat, Wam też polecam), odstawiamy na 15 minut. Nagrzewamy piekarnik do 180 stopni i wrzucamy łopatkę do upieczenia. Moja była gotowa po 40 minutach. Wiadomo, że dojdzie w garnku z kapustą.
Łopatkę odstawiamy do wystygnięcia, do piekarnika wrzucamy kiełbasę, naciętą jak do grilla. Również na 180 stopni, tutaj czekamy aż będzie dobrze przypieczona. W międzyczasie mieszajcie cały czas kapustę i dolewajcie wody, żeby nic nie przypalić! Bo będziecie jeść gówno a nie bigos!
Czas na grzyby, które namoczyliśmy wcześniej! Wrzucamy je do garnka razem z wodą w której się moczyły.Dodajemy również śliwki. Żeberka kroimy pomiędzy kośćmi i wrzucamy je do kapusty, kroimy też łopatkę i kiełbasy, również wszystko wrzucamy do garnka. Z pieczenia mięsa i kiełbasy wytopi się tłuszcz, nie dużo, ale warto go dodać do kapusty. Mieszamy i zostawiamy żeby się „pyrgało”. Mieszamy co jakiś czas. I w razie czego dodać odrobinę wody. Nie za dużo, ale nie chcemy jeść spalonej kapusty!
Teraz Wam opowiem jak to się stało, że dodałam wino. Normalnie! Chlałam je akurat, to mówię doleje, przecież Magda Gessler tak na bank robi.
W międzyczasie można spróbować, nie wino! Kapustę! Czy jest miękka… Ja swój bigos jadłam jak tylko z żeberek zaczęły odchodzić kości, trzeba je wtedy wyjąć, szanujmy swoje jedynki!
Kapusta jest miękka? Mięso się rozpada? Kości z żeberek wyjęte? Teraz podstawowe pytanie, jaki kolor ma bigos? Ciemny czy jasny? Jak ciemny to możecie być z siebie dumni.
Jasny? Dopijcie wino i zapomnijcie o gotowaniu, tylko do chlania się nadajecie!
Hoł, hoł, hoł!

Dlaczego nie chce być gruba?!

Wszystko szło dobrze. Do urlopu. Urlop jaki jest każdy dobrze wie. Luzujesz poślady i wpieprzasz jak leci. Packman pełną gębą, chociażby sraczka miała cię dopaść… No cóż.
Po urlopie byłam grzeczna, przez dwa dni… Bo przyszedł wyrostek. Na to nie miałam wpływu. Na początku waga spadła do 81 kilogramów. Ale drożdżówki i chałeczki wygrały. To pokusy których ciężko było mi uniknąć. Byłam na maksa pokrzywdzona. Dieta lekkostrawna rządzi się swoimi prawami. Ale żeby grillowanego mięsa nie było można zjeść? Kawy się napić? O gazowanym nie wspomnę.
Trudno. Teraz robię grubą kreskę i zaczynam od zera. Czy tak można?
A na co mam czekać? Na oklaski? Moje niedoczekanie. Jeżeli sama o siebie nie zawalczę to nikt za mnie tego nie zrobi. Pierwszy wpis na blogu podkreślał, że bez takiego lekkiego ekshibicjonizmu nie podołam i nie schudnę nic. Dzięki temu możecie oglądać moje wypociny na temat dnia codziennego na instagramie. To pomaga. Jutro pokażę Wam ile ważę, już sam fakt, że stanę na wadzę, będzie dla mnie mega stresujący. Przecież nie ważyłam się około czterech tygodni.
A dlaczego chce przejść znowu na dietę? Dlatego, że chce uniknąć efektu jojo. Przecież nie doszłam do trzeciej fazy w diecie Dukana. A bez tego ani rusz dalej.
Chciałabym też uniknąć zmieniania po raz kolejny garderoby, nie chce żeby przydały mi się moje koszulki w rozmiarze 46-48. Naprawdę fajnie jest móc pójść do „normalnego” sklepu po „normalne” ciuchy.
Miłe jest też nie sapać po przejściu kilku kroków i nie być spoconą jak pedofil w Smyku. Nie wiem czy to rozumiecie, ale bardzo lubię uczucie kiedy wciskam zadek w stare dżinsy i nie wyglądam w nich jak baleron w siatce.
Nie przemawia do mnie stwierdzenie, że grubym też można być szczęśliwym. Absolutnie nie. Nie chce się męczyć przy wiązaniu sznurówek. Moja miłość do żarcia jest ogromna. Kocham jeść, Ci co mnie znają, wiedzą to dobrze. Ale kiedy trzeba potrafię powiedzieć STOP. Tak jest właśnie dziś, mówię stop i zaczynam od nowa.
Cytując klasyka, wszystko zaczyna się w Twojej głowie. Smutne, ale jakże prawdziwe. Często słyszę, ja bym tak nie mogła, szanuję. Ale ja mogę. Ja muszę, bo mimo, że mogę jeszcze miesiąc być na diecie „lekkostrawnej drożdżówkowo- chałeczkowej” to wolę mieć kontrolę nad tym, nad czym tyle pracowałam. I to również jest jeden z argumentów, szkoda zaprzepaścić tego, na co tyle pracowałam.
Czyli co mamy do tej pory? Ciuchy, sapanie, pocenie się, żal mi tego co do tej pory. I chyba najważniejsze.
Byłoby mi po prostu wstyd. Wstyd przed Wami wszystkimi. Dostałam przecież od Was tyle wiadomości, tyle wsparcia. Ja nigdy nie myślałam, że ktoś może mi kibicować! Zawsze mi się wydawało, że każdy ma mnie za wredną larwę. Rozumiecie, taki wyraz twarzy. Ale odkąd jestem z Wami na instagramie i tutaj, to wiem, że myślicie inaczej. Obserwowaliście jak tracę kilogramy, czułam się z Wami bezpieczna. Czułam wsparcie. Rodzina i przyjaciele to taka oczywistość, zawsze będą mnie wspierać, w każdej sytuacji.
Ale Wy, Wy jesteście niezastąpieni. Dajecie power, dlatego też kończę z drożdżówkami, ziemniakami i wszystkim innym. Nie obżerałam się jakoś specjalnie, bo po wyrostku brzuch reaguje na wszystko co niedozwolone. Ale nadal twierdzę, że nie jestem tu gdzie chciałam być. Dlatego zaczynamy od początku. Razem z Wami. Liczę na Wasze wsparcie, na wiadomości, na dobre fluidy.
Więc zamykamy rozdział „Leśna „Góra”. Zaczynamy rozdział Dukan ulepszony, dlaczego ulepszony, bo nie mogę pić Coli, kawy i wody gazowanej. Ale akurat to najmniejszy problem.
Najważniejsze jest wsparcie i pełna świadomość tego co chce osiągnąć. Może na początek 79 kilogramów… Później podniosę sobie poprzeczkę.
Czas start…

Przygoda w Leśnej Górze.

Był wtorek 5 września. Drugi dzień pracy po dwutygodniowym urlopie. W głowie miałam plan żeby jeździć rowerem do pracy conajmniej do końca października.
O 6 rano odpaliłam Karynę (mój rower) i pojechałam. Jechałam sobie normalnie, po trzech miesiącach jeżdżenia, obczaiłam nową trasę. Myślę sobie super, tak będę jeździła. Jak nigdy chciało mi się pić, myślałam sobie, że to wino, które piłam dzień wcześniej. Ale ja już nie mam kaca. Po prostu nie trzeźwieje. Żartuje.
Jechałam i piłam wodę Ż., ci co mnie znają, wiedzą, że nie lubię tej wody, ale wzięłam ją z pracy i cóż. Wypić trzeba było. Wypiłam 3/4 butelki.
Dojechałam do pracy. Zjadłam śniadanie, to był wielki powrót do Dukana. Wszakże na urlopie skróciłam łańcuch i mogłam dojść do lodówki… Śniadanie, drugie śniadanie, obiad… I tu zaczęły się schody… Zjadłam pieczoną kiełbasę z kurczaka. Zaczął mnie boleć żołądek. Myślę sobie, gorąca herbata mi pomoże!
Jedna, druga, trzecia, czwarta… Niestety… Zadzwoniłam do Maćka, ponieważ po urlopie pozbyłam się wszystkich leków, które nosiłam w kosmetyczce. Maciek przywiózł mi Nospę Max i Colę Zero. Przecież to najlepszy zestaw na ból brzucha!
Wzięłam dwie Nospy, wypiłam Colę… Dalej nic. Maciek zaczekał na mnie i odwiózł mnie do domu.
Ledwo mogłam chodzić. Każda dziura w jezdni sprawiała, że miałam ochotę zesrać się z bólu. Dosłownie.
Jeżeli chcecie wiedzieć jaki to ból, to spieszę z odpowiedzią. Mieliście kiedyś zaparcie? Albo wzdęcia? Ale takie hardcorowe?!
No właśnie, to jest taki ból. Jakbyście chcieli zrobić gigantyczną kupę, albo strzelić takiego bąka, który porównywalny byłby tylko do katastrofy atomowej w Czarnobylu! Co ja będę w bawełnę owijać?!
Dojechałam do domu (Maciej pojechał z Babcią do lekarza, więc nie mogliśmy działać od razu), z racji tego, że myślałam, że to wzdęcie, wzięłam dwa Espumisany.
Niestety… Zaczęłam badać się z najsłynniejszym lekarzem świata, doktorem Google. Jak nic wyrostek! Objaw Jaworskiego miałam książkowy! Boli coraz bardziej, zimno trzęsie, ale nie chce mi się wymiotować. Pomyślałam, że może jednak zaparcie… W akcie desperacji i kolejnego ataku bólu, zadzwoniłam na pogotowie. Niech chociaż wiedzą, że jak nie przyślą karetki, to będą mieli mnie na sumieniu. Pani, bardzo miła, powiedziała, że jeszcze muszę wziąć przeciwbólowe, bo Nospa i Espumisan to nic nie dały. I jak nie przejdzie po przeciwbólowych, to trzeba na nocną pomoc pojechać. Kolejne tabletki wpadły w otchłań mojego bolącego brzucha!
Niestety… Dojechał Maciek, ubraliśmy się i pojechaliśmy na nocną pomoc. Pan Doktor mnie przebadał, tak samo jak ja w domu. Może ja się minęłam z powołaniem! Ale miałam siłę się z nim siłować, bo okazało się, że tak trzeba.
Zalecenia? Zastrzyk z Pyralginy, i jak nie przejdzie do rana, to do internisty. Po Pyralginie mogłam się trochę wyprostować i puściłam kilka słodkich bączków (z drżeniem o wkładkę!).
Noc była dłuuugaaa… Jak ja chciałam żeby to minęło. Żebym mogła iść rano do pracy.
Dźwięk budzika uświadomił mi, że jednak nie. Telefon do pracy, telefon do przychodni, szybki prysznic, i poszłam do lekarza. Czułam żeby nic nie jeść, bo jeśli to wyrostek, to lepiej być na czczo. Mam wspaniałego lekrza pierwszego kontaktu. Złoty człowiek, zbadał mnie, znowu objaw Jaworskiego, tym razem nie miałam siły podnieść nogi. Pan Doktor powiedział, że przy sterydach, które biorę wyrostek może przebiegać bez typowych objawów. Jak wymioty, biegunka, gorączka, nudności. Odpuścił oczekiwanie na krew i USG, od razu skierował mnie do szpitala.
Wróciłam do domu wystraszona. Skończyło się śmieszkowanie, spakowałam torbę i pojechałam. Od godziny 11.30 do godziny 21, tyle spędziłam na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym, niestety to co widzimy w TV, odbiega od tego co dzieje się tam. Dantejskie sceny, Pan, który przez dwie godziny walił browary pod SOR-em, po to żeby wrócić i zwyzywać pielęgniarki od szmat i kurew. Miło. Napatrzyłam się. Empatia kończy się przed wejściem do szpitala, jestem pewna.
Ale wracając do tematu. 21 lądujemy na piątym piętrze. Powiem Wam szczerze, że ja do końca wierzyłam, że to wzdęcie, dadzą Nospę w żyłę i wrócę do domu. Już czułam zapach pizzy! Byłam taka głodna a oni nie pozwolili nawet wody pić! Zwyrole! Marzył mi się kebab, jeżu, zjadłabym cokolwiek!
Ale podśmiechujki skończyły się kiedy Pani Doktor robiła wywiad. A ja zapomniałam jej wspomnieć o dziurach w przegrodzie międzyprzedsionkowej i tętniaczku w serduszku. Pani zbledła, ale cóż, postanowili, że będą kroić. Nie wiem kto nade mną czuwał, ale trafiłam na dyżur zastępcy ordynatora. Pan Doktor niezły śmieszek, proponował operację bez znieczulenia. Byłabym pierwsza w jego karierze. Dostałam specjalną koszulę. Ładnie mi w niebieskim, powiem nieskromnie. O 23 wskoczyłam na łóżko i pojechałam.
I teraz bez śmieszków. Bałam się strasznie. Bałam się jak nigdy w życiu. Nigdy nie miałam ogólnego znieczulenia. Bałam się, że się nie obudzę. Że ten mój toczeń coś odwali i będę warzywem. Bałam się i śmiałam się, że może jednak przyśnią mi się, łąki pełne kwiatów, hipisi, tęcze i inne pierdoły. Pożegnałam się z Maćkiem, bo pozwolili mu czekać, mimo późnej godziny. Później wszystko działo się szybko, Pani Anestezjolog, bardzo miła, owinęła mnie fizeliną ze wszystkich możliwych stron, bo na bloku było mega zimno. Stwierdziła, że jestem zestresowana, więc dała 5mg czegoś w żyłę i odleciałam.
Z wybudzenia pamiętam tylko tyle:
-Pani Doroto, Pani Doroto, już po wszystkim…
Ja, na całą salę!
-JESTEM ZAJEBISTA, JESTEM ZAJEBISTA!
Oczywiście wszyscy w śmiech, ja jeszcze w kimono, dajcie jeszcze pięć minut. O 1 byłam spowrotem na piątym piętrze, Maciek czekał, nigdy się tak nie cieszyłam na jego widok. Powiedziałam mu tylko, że nie było snów o kwiatkach, ale że JESTEM ZAJEBISTA! Oddelegowałam go do domu i zasnęłam. Po dwóch godzinach obudziłam się z mega bólem i myślą, co oni mi kurwa zrobili?!
Jutro minie sześć tygodni, nadal nie mogę w to uwierzyć. Karyna już jest w domu, zabrałam ją z pracy. Ja wróciłam do żywych. Bo jednak żółwie ruchy to nie dla mnie. Ja kocham być energiczna, lubię sprzątać, gotować, działać. Mogę sprzątać, mogę gotować, ale nie pobiegam, nie mogę ćwiczyć, nic nie mogę. Muszę czekać rok. Dziwny ten nasz organizm.
Natomiast bardzo się cieszę, że jestem z Wami. Toczeń był grzeczny i całe szczęście.
Przygodę w Szpitalu Bielańskim vel Leśna Góra uważam za zakończoną.

Biodegradowalna zupa z pulpetami.

To będzie mój pierwszy przepis tutaj, mam nadzieję, że nie ostatni. Także bierzcie i jedzta z tego wszyscy!
Ale do rzeczy. Zrobiło się zimno tak szybko, że nie zdążyliśmy się na to psychicznie przygotować. Więc wychodzę Waszym zmarzniętym zadkom na przeciw. Przedstawiam Wam przepis na zupę, która rozgrzeje Wasze podniebienia, ukoi skołatane nerwy, a nuż pomoże rozwiązać jakiś problem. Wszakże, dobre jedzenie czyni cuda!
Co będzie potrzebne? Jutro sobota, więc idźcie na zakupy i kupcie co potrzeba a nie pożałujecie.

PRODUKTY:
marchew 2 szt
pietruszka 1 szt
cebula 1 szt
por 1 szt
papryka czerwona 1 szt

papryka żółta 1 szt

mięso mielone wołowe 400 g (albo jakie lubicie)

koncentrat pomidorowy 1 słoik

PRZYPRAWY:
ziele angielskie 5 kulek

pieprz czarny 10 kulek

liść laurowy 5 listków

papryka słodka 2,5 łyżki

chilli 1 łyżka (duża łyżka, ale jak nie lubicie ostrego to mniej!)

majeranek 1/4 łyżki

cebula granulowana (1 łyżki)

czosnek granulowany (1/4 łyżki)

2 jajka

3 łyżki otrąb owsianych (duże łyżki, tutaj trzeba wyczuć, bo jak za dużo, to będzie można klopsem oko podbić!)

bulion 2 litry (ja idę na łatwiznę i po prostu zalewam kostkę warzywną gorącą wodą, sztuk dwie)

1 łyżka oleju

PRZYGOTOWANIE
Kiedy już wszystko przytargaliście do domu i klniecie w myślach, że to jednak głupi pomysł i trzeba było zamówić pizzę. To pamiętajcie, że pizza to zło!!!!
Warzywa trzeba obrać, pokroić w miarę równe paski, co się da zetrzeć na tarce, czyli marchew i pietruszkę. Można robić idealnie, ale i tak wiadomo co z tego będzie.
Jak warzywa pokrojone to rozgrzewamy patelnię, wrzucamy wszystko żeby się delikatnie poddusiło. Jeżeli mała patelnia to można na raty. Spokojnie. W garnku przygotowujemy bulion i wrzucamy ziele, pieprz i liście. Jak warzywa się „zeszklą” to wrzucamy je do bulionu, na mały gaz, żeby się „pyrgały”.
W misce rozrabiamy mięso, dodajemy jajka, otręby i przyprawy (sól, pieprz, cebula granulowana, i odrobina czosnku). Żeby pulpety się lepiej formowały przygotujcie sobie miskę z zimną wodą, żeby zamoczyć ręce przed uformowaniem każdego pulpeta, stary sprawdzony sposób mojej Mamy. Formujemy pulpeciki, średniej wielkości. I teraz uwaga, nie obsmażamy pulpetów, bo to już nie będzie zupa BIODEGRADOWALNA tylko jakiś ZONK! Są dwie opcje, dla ogarniętych w kuchni lub mniej kumatych.
Pierwsza! Uformowane pulpety wrzucamy do zupy, czekamy aż się „zetną” i dorzucamy kolejne, chodzi o to, żeby swobodnie przemieszać łyżką. Ale nie machać jak na dyskotece, tylko delikatnie, z wyczuciem. Bo jak pulpety się rozpadną to już możecie dzwonić po pizzę!
Druga! Gotujemy oddzielnie wodę i gotujemy pulpety, po kolei, nie na raz. I wrzucamy je później do zupy.
Ja wolę pierwszą opcję. Mniej zmywania.
Kiedy pulpety się chwilę pogotują możemy dodać paprykę słodką, chilli i ewentualnie dosolić do smaku. Warzywa na pewno już są dobre, więc wrzucamy koncentrat pomidorowy, mieszamy i dodajemy majeranek.
Tak przygotowaną zupę podajemy z bagietką, ale można bez wtedy będzie bardziej biodegradowalnie.
Na taką pogodę zupa jak znalazł. I to nieprawda, że od zupy rosną dup*!
Smacznego!

Dukan nie taki zły jak go malują.

Kiedy oznajmiłam, że przechodzę na dietę wszyscy klaskali i mówili super, wow, po czym pytali jaka dieta? Dukan. Tutaj zazwyczaj większość ludzi pukało się w czoło. Myślałam tylko, pukaj się, pukaj, a to ja będę seksyyy byczys!
Dietę zaczęłam 8 stycznia bieżącego roku. Czułam się naprawdę dobrze. Dukan to nie same kurczaki, serki wiejskie i maślanki. Ludzie sobie nie zdają sprawy jakie mają możliwości.
Moje bułki z otrąb z suszonymi pomidorami zasmakowały nawet Maćkowi! A zadowolić jego podniebienie jest ciężko… Ale jeśli bułka wygląda jak z najlepszej piekarni i jest napakowana po brzeg warzywami, chudą szynką i jajkiem sadzonym (smażonym bez tłuszczu) to ślinka cieknie.
Jedzenie nie było jedynym problemem, jak się okazało największym problemem był stan zdrowia… Doktor Kłin nie brakuje, wiadomo. Jak większość z Was wie choruje na toczeń rumieniowaty i jestem pod stałą opieką mojej Pani Doktor Reumatolog Marioli. Mariola jest cudowną, ciepłą kobietą, która nadzoruje moją chorobę i jest taką „Ciocią”, która powie jak coś jest źle i pochwali jak jest ok. Na początku grudnia robiłyśmy badania ogólne krwi i moczu, przy toczniu to normalne, trzeba to kontrolować. Wyniki miałam na piątkę. Powiedziałam swojej Doktor o swoich planach, o diecie, powiedziała, że jeżeli będę robiła to z głową to nie powinno mieć to wpływu na zdrowie.
Dietę zaczęłam z bardzo pozytywnym nastawieniem, chociaż nie powiem, były momenty kryzysowe. Ale walczyłam, Maciek mnie wspierał, przyjaciele i starszy Brat również.
Starałam się robić wszystko rozsądnie, żeby się szybko nie znudzić i nie spocząć na laurach, bo waga spadała dość szybko. Dodatkowo brałam suplementy diety, jest to dość ważne, bo na Dukanie nie jemy owoców, więc witaminy uzupełniałam tabletką. Dodatkowo brałam Biotynę, też w ramach uzupełnienia „braków”. Wszystko jest akceptowalne i nie mam się czego wstydzić, bo trzeba było myśleć co się robi i jak sobie pomóc.
Jak urozmaicać dietę? Macie cały wachlarz możliwości, jeżeli zobaczycie ile produktów można jeść to można zwariować. Mielone można zgrillować a bułkę tartą zastąpić otrębami. Pieczonego kurczaka zamienić w pyszny szaszłyk z sosem czosnkowym z jogurtem. Zamiast frytek z ziemniaków do piekarnika wrzucamy ćwiartki z marchewki z przyprawą do ziemniaków, do tego ketchup light i jesteśmy w domu! Lubicie pastę z tuńczyka? Ja kocham! Zamiast majonezu można dodać jogurt naturalny, do tego placki z otrąb i śniadanie gotowe!
Pulpety w sosie pieczarkowym… Ale zaraz z czym je zjeść? Makaron z mąki owsianej, do nabycia w sklepach ze zdrową żywnością. Wspomniane wcześniej bułki z otrąb, to jest dopiero hit! Omlet, i pizza na otrębowym spodzie!
Jak zrobić otrębowy spód?
– 6 ŁYŻEK OTRĄB OWSIANYCH,
– 2 ŁYŻKI SERKA WIEJSKIEGO LIGHT (odsączony bez wody)
– 2 JAJKA,
– SÓL, PIEPRZ, BAZYLIA, OREGANO, CZOSNEK
Taki placek podpiekamy w piekarniku w temperaturze 180 stopni, jak zetnie się na wierzchu, dodajemy ketchup czy jogurtowy sos czosnkowy i to co lubimy, podpiekamy króciutko! Na Dukanie nie można sera żółtego, dajemy odsączony serek wiejski, topi się jak ser!
Na takiej samej zasadzie robię placki z otrąb, tylko proporcje na pół i piekę je na patelni bez tłuszczu, ale można też w piekarniku. Jedna duża łyżka to jeden placuszek.
Walczyłam tak do kolejnych wyników, których bałam się jak diabli. Bałam się o nerki, bałam się o krew! Kiedy na koniec sierpnia odebrałam wyniki i poszłam do Doktor Marioli, moja radość była nie do opisania!
Mocz ok, krew również, Pani Doktor powiedziała, że pięknie wyglądam, udało mi się schudnąć 20 kilogramów! Czułam, że unoszę się nad ziemią!
Wszystko jest dla ludzi, trzeba tylko trzymać rękę na pulsie. Nie głodzić się, jeść, wspomagać się suplementacją, to nie wstyd. Wstydem jest gadać głupoty, nie mając bladego pojęcia po co?! Żeby zdeptać i zdemotywować? Żeby pokazać swoją mądrość? Nie wiem. Szczerze? Robiłam wszystko wbrew temu co mówili ludzie wokół, bo jak mówiła moja Mama, mogę wysłuchać Twojej opinii, zanotuje, a później zwinę w kulkę i wsadzę tam gdzie słońce nie dochodzi!
Na dowód, dołączam Wam zdjęcie wyników. Aktualnie Dukan ma pauzę, ponieważ jestem po operacji usunięcia wyrostka robaczkowego… Ale to już w osobnym poście, bo ta Leśna Góra dała mi w kość!
Ahoj!
PS. Jeżeli macie jakieś pytania, piszcie, chętnie Wam odpowiem!:)

Spontaniczny urlop.

Spontaniczny urlop.

Decyzję o wyjeździe podjęliśmy w piątek około południa. Maciek zaproponował, że może wyjedziemy w niedzielę. Zapytałam tylko gdzie? Jak to gdzie?! Do Gdańska.
W ruch poszło Google. W grę wchodził namiot, byleby było się gdzie umyć. Pierwszy telefon to napalona Pani z ofertą pokoju widmo, bo zdjęć do dziś nie dostałam. Drugi telefon to Camping Stogi 218, Wydmy 9. Nie trzeba robić rezerwacji na namiot, można przyjeżdżać. Szał. Jest łazienka? Jest! Jedziemy.
Ostrzegam! Nigdy, ale to nigdy nie pakujcie się po pijaku ani na kacu. Grozi to zabraniem niepotrzebnych rzeczy. I oczywiście brakiem tych najbardziej przydatnych. Ale po kolei.
W piątek wieczorem już na 1000% wiedziałam, że jedziemy, coś z tyłu głowy brzęczało spakuj się… Zignorowałam.
W sobotę były dziewczyny, super zabawa. Ja, Pani perfekcyjna, organizacja poziom level hard, w nocy byście mnie obudzili i zapytali gdzie są pokrywki, odpowiedziałabym! Maciek do dziś błądzi w kuchni. Pierwszą próbę pakowania podjęłam jak dziewczyny poszły do domu. Zapytałam Maćka co mam wziąć?
– Dres,
– Kurtkę (Przeciwdeszczową i normalną.)
– Legginsy,
– Bielizna (Wiadomo! Miałam z dziesięć par majtek! Po co zapytacie? Skoro to dwie noce. Nie wiem.)
– Kostiumy kąpielowe (Wzięłam chyba ze cztery.)
– T-shirty ( Tutaj też była wyższa matematyka, bo w niedzielę jeszcze w oddzielną torbę wrzuciłam trzy a w torbie miałam cztery.)
– Krótkie spodenki (Tu ogarnęłam.)
– Buty (Wzięłam chyba z pięć par, chodziłam w trzech. PAMIĘTAJCIE O KLAPKACH POD PRYSZNIC. Ja pamiętałam, tzn. Maciek pamiętał.)
– Ręczniki ( Tego nigdy nie za wiele, jeden na plażę, drugi pod prysznic, trzeci do głowy, czwarty jakby któryś się pobrudził, albo nie był modny.)
Szmateks spakowany, kosmetyczka też, wiadomo, maszynka do golenia (nie mylić z tą do mielenia), tarka do pięt, jakby nie szło domyć nóg gąbką. Sposób stary jak świat! Ale gąbka też jest ważna, ważniejsza niż myjka, bo lepiej doszoruje brudne gice!
W niedzielę rano wstałam przed Maćkiem, wzięłam prysznic, kac męczył jak nigdy. Dopakowałam resztę w miarę potrzebnych rzeczy. Stwierdziłam, że nie biorę nic z kuchni, nawet naszej plastikowej zastawy, wielorazowego użytku z Tigera. Błąd. Duży błąd.
Nie wzięłam na pewno, A PRZYDAŁOBY SIĘ:
– Plastikowa zastawa, wielorazowego użytku z Tigera w kolorze pastelowej pistacji,
– Ściereczka, gąbka do mycia naczyń i płyn (Żebym miała w czym to umyć, bo było gdzie.)
– Słoik z lampkami LED (Romantyczny wieczór jak cześć i siema!)
– Świeczki w słoiczku (Jak wyżej!)
– Normalny nóż!
– Sól i pieprz ( O tym niżej.)
– Ulubione kubeczki ( Niech Niemcy widzą, że stać mnie na IKEJA!)
– Deska do krojenia,
– Pojemniki do mikrofali,
– Patelnia,
– Kawa, herbata i cukier ( Myślałam, że Maciek mnie odstrzeli za tą kawę, dobrze, że nie miał czym!)
Także tego nie wzięłam… Życie. Dwa dni, będę jadła na mieście! A co! Może nawet kawę w Costa wypiję! Bo wzięłam swoje zaskórniaki na promocję w Rossmannie!
Dojechaliśmy. Pięknie położone miejsce, wokół lasek. Wróciły wspomnienia kolonii. Obsługa wspaniała, na dzień dobry zapytałam czy mają wolne jakieś przyczepy czy domki, bo my tylko na dwie noce. Znalazła się przyczepa, ale tylko na jedną noc. Czad. W środku działająca lodóweczka, gaz, prąd, pościel, czajnik, patelnia, talerze, kubki, widelec, łyżka, nóż, sztuk jeden. Daliśmy radę. Rozstawiliśmy graty, pojechaliśmy do sklepu. Zrobiliśmy zakupy, nie za duże, bo o 10 mieliśmy zdać przyczepę. Więc trzeby było rano wstać i zjeść śniadanie. Co jedliśmy?
Kanapki z pasztetem i jajecznicę. Z pokruszonymi chipsami serowo- cebulowymi, bo kto by pamiętał o soli?! No i Maciek zupka chińska. Bez tego nie ma campingu.
Dojazd do centrum ze wspomnianego miejsca to około 40 minut. Sporo, ale do plaży mieliśmy pięć minut. Widok oświetlonego portu wieczorem to cudna sprawa. Może podniecam się bez sensu, ale zrobiło to na mnie mega wrażenie. Byłam zachwycona.
Poniedziałek spędziliśmy na mieście, ja podniecona, że Jarmark itd. Acha. Skończył się dzień wcześniej! Peszek, no trudno.
Późnym wieczorem wróciliśmy na miejsce z nadzieją, że może jakiś domek, albo przyczepa. Niestety pole namiotowe. Macie przedłużacz żeby podciągnąć prąd do namiotu? Nie mamy. Ale co tam! Jedna noc. Damy radę. Rozłożyliśmy mandżur. Karimata, śpiwory, kocyki, dużo kocyków, poduszki. I tutaj przydałyby się wyżej wymienione rzeczy, których to nie wzięłam. Namiot mieliśmy obok stolika i dwóch ławeczek. A kawałek dalej była wiata pod którą był czajnik, mikrofala, kuchenka!
Teraz poproszę o brawa!!! Tak, tak, można było sobie wszystko zrobić. Jajecznica, tosty, cokolwiek, kawa przede wszystkim. Brawo JA!
Wieczorem zjedliśmy kolację w barze Muszelka, miejsce dostępne na ośrodku od 8 do 22. Cenowo super. 18zł za spory obiad. „Muszelka” oferowała również swoją część jadalną pod wiatą, tam po powrocie z plaży wieczorem naładowaliśmy telefony i wypiliśmy piwo. Żeby nie hałasować sąsiadom na polu namiotowym. Śniadania również mieli dostępne. Nie skorzystałam. Bo jak w niedzielę na kolację zjadłam frytki i fileta z kurczaka, na śniadanie jajecznicę z chipsami i chleb z pasztetem a później pyszną zapiekankę ziemniaczaną z łososiem, ciepłego pączka z różą i na koniec deżawolaja z frytkami to mój żołądek się zbuntował. Oszczędzę Wam szczegółów.
Ale wspomniana zapiekanka! PyraBar na Garbary 6/7! Jak słyszę pyra, to dwa razy nie trzeba mnie namawiać! Taką jestem osobą! Wspomniany bar mają w Poznaniu, wiadomo, w Gdyni i w Gdańsku. Ojoj, ojoj, ojoj! Jakie to było dobre!
We wtorek jak wracaliśmy i mogłam już coś zjeść, wzięłam zapiekankę o wdzięcznej nazwie „Kurczak Cukinsyn”… Cukinia, ziemniaki, oliwki, chilli, pomidory, mozzarella, porcja taka, że… zjadłam sama! Spora, ale ziemniaki! Poprawiliśmy ciepłymi pączkami i wróciliśmy do domu.
Ceny nie były jakieś zaporowe, za dobę 2-3 osobowej przyczepie 116zł. Dla Nas super. Zwłaszcza, że mieliśmy 2,5 dnia na naładowanie akumulatorów. Pole namiotowe 62zł. Samochód możesz mieć obok namiotu, jeśli dobrze parkujesz. My zostawiliśmy przed ośrodkiem, bo Maciek pił piwo (ODPOWIEDZIALNY CHŁOPAK). Ceny w Muszelce przystępne, dużo Niemców, dużo pięknych kamperów. Byłam nawet świadkiem jak jeden kamper wydał na świat Smarta! Wzruszająca chwila! Nie zdążyłam poklaskać, tak mnie zatkało. Peeleny w oczach latały! O Ojro nie wspomnę!
Za rok wrócimy tam na pewno! Tutaj zostawiam Wam linka:
https://camping-gdansk.pl/
To były moje najlepsze wakacje, krótkie, ale najlepsze!
Plaża Stogi, Stefan i Doris, wakacje 2018! Buziaki.